timerPrzewidywany czas czytania to 5 minut.

Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz — tę słynną opowieść autorstwa Mary Shelley już niejednokrotnie mieliśmy okazję zobaczyć na srebrnym ekranie. Pierwsza ekranizacja miała miejsce mniej niż 100 lat po wydaniu książki, czyli w 1910 roku. A w 1931 roku odbyła się premiera najbardziej kultowego filmu o naukowcu i stworze, który na lata ukształtował wizerunek ukazywania tej postaci w kinie.

Tym razem za adaptacje tego gotyckiego horroru wziął się ceniony, meksykański reżyser Guillermo del Toro, który po raz pierwszy przeczytał książkę kiedy był jeszcze dzieckiem. „Dzieło Mary Shelley towarzyszyło mi całe życie. Dla mnie to jak Biblia. Chciałem jednak nadać mu własny charakter, zaśpiewać je w innej tonacji, z innymi emocjami” – stwierdził del Toro w wywiadzie dla Netflixa. Dodatkowo, reżyser ma nadzieję, że jego Frankenstein pozostanie w pamięci widzów tak długo, jak Stwór pozostał w jego własnym sercu.

Niech potwory zamieszkują wasze sny i dadzą wam tyle samo ukojenia, ile dały mi, ponieważ wszyscy jesteśmy zagubionymi i odnalezionymi stworzeniami. (May monsters inhabit your dreams and give you as much solace as they have given me, for we are all creatures lost and found)

Frankenstein, czyli znana historia opowiedziana na nowo

Guillermo del Toro pozostaje wierny oryginalnemu in media res powieści. Historia rozpoczyna się na odległej północy, gdzie marynarze, rozmawiając po duńsku, próbują uwolnić statek uwięziony w lodzie. Co istotne, cała jednostka została zbudowana specjalnie na potrzeby filmu bez użycia CGI! To idealnie oddaje przywiązanie reżysera do realizmu i materialności świata przedstawionego, z którego jest znany. Następnie fabuła zaczyna stopniowo odbiegać od wydarzeń opisanych w książce, jednak ta decyzja okazuje się w pełni uzasadniona. Del Toro dokładnie wie, jaką historię chce opowiedzieć i konsekwentnie podąża wybraną ścieżką.

Otrzymujemy więc fragmenty z przeszłości Victora: jego naukę medycyny, wspólne chwile z ukochaną matką oraz pierwsze doświadczenie śmierci bliskiej osoby. Wszystko to doskonale buduje portret psychologiczny bohatera i pozwala zrozumieć motywy jego późniejszych działań. Reżyser z niezwykłą dbałością pokazuje proces narodzin idei stworzenia życia. Od pierwszego błysku szalonego pomysłu, przez prezentację projektu na uczelni, aż po moment, w którym Victor gromadzi martwe ciała, by złożyć z nich swojego „idealnego Adama”. To tylko podkreśla, że zabawa w Boga nie jest jednak, aż tak prosta.

Podobnie jak w powieści, w pewnym momencie narracja przechodzi z Victora na Stwora, ukazując jego tragiczną, lecz przejmująco ludzką perspektywę. Choć także tutaj del Toro pozwala sobie na swobodę interpretacji, zmiany te tylko pogłębiają emocjonalny wymiar historii. Dzięki temu film staje się nie tylko opowieścią o naukowej obsesji i przekraczaniu granic, ale też refleksją nad samotnością, cierpieniem i potrzebą miłości, czyli motywami, które od zawsze były sercem tej historii.

Mistrzowskie aktorstwo w filmie Frankenstein

Oscar Isaac, Jacob Elordi, Mia Goth, Christoph Waltz, Charles Dance oraz Lars Mikkelsen to najjaśniejsze gwiazdy tego filmu. Ich postacie są pełne emocji i szczerości. Mimo że są to relatywnie znane twarze, nie widać było w nich znanych aktorów, lecz postacie, które odgrywali. Wielowymiarowość i głębia mogą przede wszystkim opisać ich kreacje. Każdy gest, spojrzenie i ton głosu wydawały się autentyczne, jakby nie odgrywali scen, lecz przeżywali je naprawdę. Emocje były widoczne na ich twarzach i w oczach, z których biła prawda, i która sprawiała, że wierzyło się w każdą chwilę na ekranie. Widać było ból Stwora, rozpacz Elizabeth czy wewnętrzne rozdarcie doktora Frankensteina. To aktorstwo, które nie tylko opowiada historię, ale pozwala ją odczuć całym sobą.

Jacob Elordi

Po zamieszaniu, które spowodowało odejście Andrew Garfielda — to on pierwotnie miał odegrać postać Stwora, były pogłoski, że film jest już spisany na starty. Jednakże, już teraz większość widzów jest zgodna, że dołączenie Jacoba do obsady to była jedna z najlepszych decyzji. Jacob Elordi, znany wcześniej głównie z filmów okołoromantycznych, pokazał w tym filmie, do czego jest zdolny. Zagrał świetnie nie tylko osobowość Stwora, ale także jego cielesność – sposób, w jaki się poruszał, gestykulował i reagował, nadawał postaci niezwykłej autentyczności. Genialnie oddał pierwotną naiwność i strach postaci, by potem przekształcić się w stworzenie pełne mądrości i empatii. Niewątpliwie jest to gra aktorska na miarę co najmniej nominacji Oscarowej.

Mia Goth

Mia Goth, wcielająca się w dwie postaci, również zasługuje na szczególne wyróżnienie. Jej rola jako matki Victora, choć krótka, subtelnie dopełniła portret młodego naukowca, dodając mu emocjonalnego kontekstu. Del Toro doskonale rozumie, jak opowiadać historię za pomocą gestów, a Mia potrafi te gesty przełożyć na prawdę emocji. Z kolei jako Elizabeth prawdopodobnie skradła serca wszystkich widzów zaangażowanych w jej relację ze Stworem. Emocje malujące się na jej twarzy mówiły więcej niż słowa. W jej oczach można było dostrzec całą gamę uczuć wobec świata i ludzi.

Pozostali

Oscar Isaac, Christoph Waltz i Lars Mikkelsen również stworzyli niezapomniane kreacje. W ich grze widać było doświadczenie, wyczucie i głębię, jakiej można się spodziewać po artystach tej klasy. Każdy z nich w unikalny sposób uzupełnił mroczną i pełną emocji opowieść del Toro. Charles Dance, odgrywający rolę ojca Victora, mimo stosunkowo krótkiego czasu na ekranie, wywarł ogromne, trudne do zapomnienia wrażenie. Jego obecność na ekranie wnosiła autorytet i chłód oraz nadawała tragicznego wymiaru, który doskonale wpisał się w ton całej historii.

Reżyseria i zdjęcia w wykonaniu Guillermo del Toro

Każdy, kto widział choć jedną produkcję Guillermo del Toro, wie, że w budowaniu klimatu ten reżyser nie ma sobie równych. Frankenstein to gotycka opowieść, która wymaga mrocznych zamków, delikatnych niewiast w białych sukniach i nieustannej obecności śmierci, a ten film zawiera to wszystko, i jeszcze więcej. Każdy kadr przypomina dzieło sztuki: dopracowany w najdrobniejszym szczególe, nasycony symboliką i emocją. Co więcej, del Toro wplata w swoje kompozycje liczne odniesienia do znanych malarskich arcydzieł, dzięki czemu wizualna podróż przez XIX-wieczną Anglię staje się prawdziwą ucztą dla oka i wyobraźni. Warto też podkreślić, że niemal cała scenografia została zbudowana ręcznie. To właśnie ta materialność sprawia, że świat Frankensteina wydaje się namacalny i zaprasza nas, abyśmy sami weszli w jego świat.

Podsumowując

Frankenstein w reżyserii Guillermo del Toro to nie tylko kolejna adaptacja klasycznej powieści Mary Shelley, ale prawdziwe dzieło sztuki. Reżyser z niezwykłą wrażliwością łączy gotycki klimat z emocjonalną głębią i refleksją nad naturą człowieczeństwa. Doskonałe aktorstwo, ręcznie wykonana scenografia i wizualny kunszt sprawiają, że film na długo pozostaje w pamięci. Odejście od oryginału na początku mogło wydawać się kontrowersyjne, jednak ostatecznie film opowiada poruszającą historię, która wnosi świeże spojrzenie i wzbogaca pierwowzór. Z kolei zakończenie z pewnością zachwyci zarówno miłośników książki, jak i wszystkich, którzy po prostu cenią dobrze opowiedziane historie.

Dodatkowo, dla osób, które będą czuły nie dosyt, Netflix przygotował również 45-minutowy materiał zza kulis powstawania tej produkcji!

Obejrzyj w serwisie Netflix!

About the Author

Studentka Filologii Angielskiej. Miłośniczka mitologii nordyckiej oraz słowiańskiej. Lubi szeroko pojętą popkulturę, a w wolnych chwilach słucha videoesejów, głównie o tematyce filmowej i serialowej.

View Articles