timerPrzewidywany czas czytania to 5 minut.

Muszę się do czegoś przyznać. Tak po prostu, bez bicia, przesłuchania i przysięgania na jakąkolwiek świętą księgę… i bez wysłuchiwania obietnic o raju pełnego dziewic czy jakoś tak. Oto moja spowiedź: Uwielbiam takie tematy jak ten. Uwielbiam wojnę wokół nich. To mnie dowartościowuje. Wystarczy, że obejrzę filmik na YouTube, troszkę pogrzebie w internecie, znajdę źródło i poczytam trochę na dany temat, czuję się lepiej. Czuję się bezczelnie mądrzejszy od wielu, wielu ludzi, a na pewno mądrzejszy od żywych szczekaczek i szczekaczy biorących udział w kolejnym poprawnościowo politycznym dżihadzie.

Tym razem jednak nie chodzi o wielki problem, co nie przeszkodziło amerykanom rozdmuchać go na poziom właśnie wojny na protestowanie. Chodzi tylko i aż o etykę w dziennikarstwie gamingowym. Czy aby na pewno?

Całe stwierdzenie pochodzi z satyrycznego programu The Colbert Report, który tak właśnie skomentował dyskusję z zaproszoną do programu Anitą Sarkeesian, liderką feministycznej (nie mylić z kobiecą) strony w tej wojence. Akcje jej popularności, jak i całej aferki, wyskoczyły w górę, kiedy podczas ciągnącej się już wojny na krzyki, memy i wiece, z których jeden miał odbyć się w Uniwersytecie Utah, władze uczelni otrzymały mail, że jeżeli Anita Sarkeesian, wystąpi w trakcie imprezy, dyrekcja będzie musiała wziąć odpowiedzialność za „największą strzelaninę szkolną w historii”. Tak Anita Sarkeesian trafiła do programu Colberta, gdzie opowiedziała o tym przypadku (w sumie słusznie, bo to nie była nawet przesada, tylko po prostu groźba karalna), po czym zniósłszy żarty komika zgrywającego dziennikarza, nadmuchała balon sprawy do rozmiarów widocznych dla innych mediów, które z kolei rozdęły go do rozmiarów tak wielkich, że stał się zauważalny dla całego świata.

Oczywiście sprawa trafiła również do Polski, gdzie pytanie Colberta „Czy to wojna kulturowa?” zostało w pewnym serwisie przez pewnego dziennikarza zmienione w deklaracje i manifest, który kończył się słowami „Koniec z przedmiotowym traktowaniem kobiet w grach”.

Tak, kobiety są przedmiotowo traktowane w grach. W filmach. W książkach, komiksach, dowcipach, opiniach, a zwłaszcza w myślach wielu mężczyzn, a nawet kobiet. Drogie panie czujcie się ostrzeżone. O zgrozo! Przecież w sodomistycznej USA, stolicy poprawności politycznej (łapiecie paradoks?) nie wprowadzono jeszcze Orwellowskiej Policji Myśli. Przecież każdy mężczyzna, który mija kobietę, która akurat mu się spodoba — a wiadomo, że gusta i zboczenia są różne, więc właściwie zagrożona jest każda jednostka płci żeńskiej na Ziemi — to może wykorzystać biedną ofiarę do bycia główną bohaterką jego zbereźnych myśli. A jak jeszcze to samo może pojawiać się w myślach homoseksualistek? Koniec Świata! Kobiety, macie przerąbane! (Czy ja właśnie, wspominając o lesbijkach, nie zasugerowałem, że kobiety też są w stanie mieć takie myśli o obiektach swoich westchnień?)

Czy przesadzam? Jasne, że tak. W ten sposób łatwiej zarysować rzeczywistą linię całego problemu. Problemu, który znowu polega na czepianiu się. Na próbie wpłynięcia przez ruch na grę, na twórcę, na artystę. Dawniej twórcy obrazów, sztuk i powieści naciskani byli przez swoich mecenasów, którzy nieraz zmuszali artystów, którymi się opiekowali, do naginania dzieł pod ich wizje. Teraz to samo robią wielkie studia z filmami i wielkie wydawnictwa z książkami oraz komiksami, a nawet właśnie z grami. Jednak pojawiła się trzecia władza, którą można by nazwać po prostu „Opinią Publiczną”, chociaż, prawdę mówiąc, teraz jest to tak dobrze zorganizowane, że wymyka się definicji owego stwierdzenia. To już nie jest Opinia Publiczna, lecz Ruchy Społeczne, a wręcz Ruchy Społeczno-Moralizujące, które w zorganizowany sposób, niczym Związki Zawodowe na pracodawcach, starają się wywrzeć nacisk na reszcie społeczeństwa i świecie biznesu — zwłaszcza biznesu rozrywkowego, do którego biznes gamingowy się oczywiście zalicza.


GameBy.pl jest na YouTube! Zajrzyj tam i zobacz co robimy.

Bardzo chciałbym, żeby sprawa tutaj się kończyła. Żeby chodziło o władzę. Jednak gdzie władza tam i pieniądze. Uwierzycie, że cała dyskusja zaczęła się od zaczęła się od byłego partnera Zoe Quinn, twórczyni gier komputerowych, który opublikował w internecie materiały ujawniające szczegóły ich pożycia intymnego i oskarżył ją (jak się później okazało bez poparcia w jakichkolwiek dowodach) o sypianie z dziennikarzami i recenzentami gier w zamian za przychylne opinie o jej produkcjach. Przepraszam, ale to nie jest przedmiotowe traktowanie kobiet w grach tylko najzwyklejsze świństwo (ze względu na to, że to artykuł, powstrzymam się od napisania, jak ja to nazywam), wyrządzone drugiej osobie, które powinno skończyć się co najmniej w sądzie (w końcu ponoć Amerykanie tak właśnie rozwiązują większość spraw). Wciąż jednak, w moim odczuciu, nijak się to ma do przedmiotowego traktowania kobiet w grach, prędzej do przedmiotowego traktowania kobiet w świecie realnym.

Temat samej etyki był żartem, ale jeśli się zastanowić, to powstaje pytanie brzmiące: Czy i jak może reagować ktoś, kto ma się za dziennikarza? Kilka razy widziałem dokumenty, gdzie działy się okrucieństwa wobec dzieci (szczególnie mnie to bulwersuje — przyznaję), a dziennikarz stał uparcie za kamerą i nagrywał wszystko, można by rzec, bezdusznie. Nagrywał, żeby pokazać to potem całemu światu. Można by to w sumie przyrównać do „skrzyknięcia kumpli na ustawkę”, tyle że tym razem dziennikarz ma na celu właśnie „skrzyknięcie” opinii publicznej. Jednak etyka wobec twórczości? Czy powinienem krytykować Fallout 3 za zwęglone szkielety dzieci po wojnie atomowej? Dlaczego więc to Fallout 4 został skrytykowany za ich brak? Czy gdy chcę pokazać okrucieństwo wojny, powinienem specjalnie pomijać pewne jej aspekty, które mogą być „zbyt okrutne”? Czy jeżeli chcę stworzyć opowieść z przymrużeniem oka — spełnienie męskich marzeń — powinienem brać pod uwagę, że po moje dzieło może sięgnąć kobieta, której kompletnie się to nie spodoba i poczuje się tym urażona, bo nie była nawet ujęta w grupie, dla której dedykowane jest owo dzieło? Czy w takim razie powinno się zakazać nadawania i kolejnych produkcji filmów z supersławnym Agentem 007? Przecież ten amancik ma w każdym filmie inną laskę, którą okręca sobie właściwie wokół palca i na dodatek w każdym filmie ląduje w wyrze z co najmniej jedną kobietą o ciele supermodelki!

I co najważniejsze: Czy powinno się tworzyć dzieła, które będą podobały się ABSOLUTNIE WSZYSTKIM? Czy w ogóle jest możliwe stworzenie takiego dzieła? Czy należy tego wymagać od twórców?

Na to pytanie jest prosta odpowiedź, ale każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. Jak zwykle zapraszam do dyskusji i…

Do napisania!

Tutaj możecie przeczytać poprzednie felietony z tej serii!

O redaktorze

Szczęśliwy mąż, dumny ojciec i aspirujący pisarz. Za dnia przeprowadza bestialskie eksperymenty na grach, nocą pisze bestseller (tak przynajmniej sobie wmawia). Z wykształcenia filozof, z zamiłowania fantasta, z duszy buntownik. Koneser gier z treścią i klimatem, zarówno tych "bez prądu", jak i takich, co trochę go potrzebują.

Wszystkie artykuły