timerPrzewidywany czas czytania to 4 minuty.

Od początku zwróciłam uwagę na tytuł książki- „Zakon drzewa pomarańczy”, nie da się ukryć, że jest on ciekawy. Uległam i ja, przez i tytuł i piękną okładkę. Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce, ale tym razem tak się stało. Książka ma dwa wydania jedno w dwóch częściach w miękkiej oprawie, a drugie w twardej jako całość. Te ponad 1000 stron niektórych mogło przerazić.Najlepiej zacznę od tego, że książka ma rozdziały pisane z różnych perspektyw, i tak naprawdę historię wszystkich przecinają się po większości książki. Większość postaci to kobiety. Praktycznie mamy dwie główne postacie męskie i to tyle.

Zakon Drzewa Pomarańczy

Mamy same silne i niezależne kobiety, można rzec, że trochę feministycznie, szczególnie, że autorka na potrzeby książki stworzyła słowo- królowiectwo. Może w polskim nie robi to wielkiej różnicy, ale jak w angielskim jest kingdom, to autorka stworzyła słowo queendom. Robi różnice. Autorka tłumaczyła to tym, że w literaturze brakowało jej silnych damskich postaci. Więc już to może zrazić niektórych czytaczy.

Ukazaną mamy historię pewnej wiary, mamy podzielone społeczeństwo i różne przekonania. Jedna z historii jest rozgoryczonego doktora Nicolasa- alchemika wygnanego z kraju na wschód, na który wszyscy się fochneli, bo nie zobaczyły różnicy między wyrmami- sługami Bezimiennego, a smokami morskimi. Dalej mamy Tané, która chce zostać właśnie jeźdźcem smoka i ratować świat. Mamy także władczynię Inys- Sabran IX, jej rodzina włada krajem od wieków z powodu właśnie religii. W tej wierze był zły Bezimienny i do kraju, gdzie zabijał przyjechał sobie żołnierz, powiedział królewnie, że jest taki super i jak za niego wyjdzie to go pokona.

Oczywiście rycerz wygrywa i właśnie stąd mamy rodzinę władców, co ciekawe zawsze parze rodzi się córka i rządzi krajem, mało tego zawsze jest bardzo podobna do matki, te same oczy i włosy. Mamy przekonanie, że są potomkowie tego rodu to Bezimienny nie wróci. Jednak nasza królowa nie może zajść w ciążę. Fajnie, fajnie, ale gdzie ten zakon? Otóż jest jeszcze jedna postać- pokojówka Ead, która została oddana pod opiekę królowej i ona w ramach zadania od właśnie tytułowego zakonu chroni królową. Co najlepsze zakon ma inną wersję już znanej historii z Bezimiennym i nie wierzy w ród Sabran IX. Czujecie tą ironię?

Podsumowanie

Się rozpisałam na temat samej akcji. Ogółem jak się czyta może się wydawać, że akcja toczy się powoli, jest dużo opisów i tak dalej, jednak do połowy pierwszej części nie wiadomo skąd i dlaczego ten zakon. Sądzę, że właśnie te opisy pozwoliły na zauważenie pewnych szczegółów, pewnych historii, symboli, które zyskały wiele interpretacji. Po przeczytaniu opisu książki byłam trochę mniej zadowolona, bałam się, że będzie to nie wiadomo jak feministyczna książka, ale nie była. Mimo tak wielu postaci żeńskich, jedne wkurzały bardziej, inne mniej, jednak były one bardzo dobrze i różnorodnie wykreowane. Łączyło je to, że były silne, ale i one borykały się z różnymi problemami i każda miała inny sposób patrzenia na świat. Kolejną kontrowersyjną rzeczą w książce były pary homoseksualne.

Niektórym się to nie podoba, jednak autorka przedstawiła wszystko w taki sposób, że szczerze nawet nie mam się co czepiać.
W książce mamy tajemnice, walki, przetrwanie. Podobała mi się ona ze względu na to, że pokazała zachowanie ludzi w skrajnych sytuacjach, jedni zachowali się lepiej, inni mniej, ale nie było patrzenia przez różowe okulary. A kolejną rzeczą jest wiara i religia, mamy trzy spojrzenia na tą samą religię, w zależności od tego, gdzie ktoś żył, a na końcu i tak nas zaskakuje, jak było naprawdę. Fakt, że każdemu może się coś nie spodobać, ale tu jest parę historii, które przecinają się w jednym punkcie, bardzo dobrze jest ukazana różnica zdań i to, dlaczego nie powinniśmy, czy strzelać focha, czy obrażać się tylko wysłuchać, a nie klapki na oczach. Polecam tę książkę każdemu, jest to lekka przyjemna powieść, która daje też do myślenia.