timerPrzewidywany czas czytania to 3 minuty.

Czytam dużo książek. O niektórych zapominam w przeciągu tygodnia, inne pamiętam trochę dłużej, jednak są takie, które wywarły na mnie szczególne wrażenie. Jedną z najważniejszych była Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Pamiętam, jak zarywałam nocki, by przeczytać o kolejnych zwariowanych przygodach rudej dziewczynki. Przebrnęłam przez wszystkie części serii kanadyjskiej pisarki. Kiedy dowiedziałam się, że Netflix planuje zekranizowanie historii, zadrżałam.

Planowałam obejrzeć tylko pierwszy odcinek, żeby sprawdzić, jak bardzo twórcy zepsują moje dzieciństwo. Był on najdłuższy, trwał dziewięćdziesiąt minut, kolejnych siedem już czterdzieści. Opowieść jednak mnie wciągnęła, ale nie na tyle, bym dotrwała do końca. Co poszło nie tak?

Ania przybywa na Zielone Wzgórze w skutek błędu. Maryla i Mateusz Cuthbertowie, jej przyszli rodzice, spodziewali się chłopca. Mimo wszystko Ania jednak zostaje, by przeżywać wiele zabawnych perypetii. Przynajmniej tak to wygląda w dziele Montgomery: nieszczęśliwa sierota, adoptowana przez dobrych ludzi, by odnaleźć spokój w nowym domu. Nowe życie nie jest pozbawione problemów, jednak nie jest dramatyczną walką o przetrwanie. A Netflix musiał oczywiście wszystko zepsuć.

Tutaj Ania przybywa na Zielone Wzgórze w przykrych okolicznościach a to, czego tam doświadcza, dalece odbiega od literackiego pierwowzoru. Serial w dużej mierze skupia się na niefortunnym życiu szkolnym Ani (kto czytał, ten wie, że wcale tak nie było). Sielankowe momenty przerywane były okrutnymi wspomnieniami Ani z poprzedniego życia, co wystarczyłoby do podkreślenia tragizmu postaci. Niezgodność z książką oraz ciągłe prześladowania dziewczynki były jednymi z powodów, dla których przerwałam oglądanie. Historia, która w oryginale była wesoła i ciepła, została przekształcona w Thirteen Reasons Why sto lat wcześniej, pozbawiając ją całej autentyczności oraz unikalności. Cieszę się jednak, że twórcy mieli wystarczająco przyzwoitości, by zmienić tytuł oryginalny na własny, Anne with an E.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie dostrzegła zalet serialu. Odznacza się on pięknymi zdjęciami. Przyroda i krajobrazy w ujęciu kamerzysty cieszą oko a kompozycje przedmiotowe i sekwencje, które tworzą są dokładnie przemyślane. Zarówno sceny dynamiczne, typu galop brzegiem plaży, jak i sceny statyczne, na przykład nalewanie świeżo zaparzanej kawy z antycznego czajniczka, otulone nastrojową muzyką, sprawiają, że możemy przenieść się na spokojną Wyspę Księcia Edwarda i cieszyć się cudowną teraźniejszością.

Anne with no E to nie ekranizacja książki dzieciństwa. Jeśli jesteś fanem rudej marzycielki, nie sięgaj po produkcję. Wielka szkoda, że audiowizualny potencjał serialu został zaprzepaszczony przez zbyt wiele zmian w stosunku do oryginału.

  • 10/10
    Zdjęcia - 10/10
  • 8/10
    Muzyka - 8/10
  • 4/10
    Pomysł - 4/10
  • 4/10
    Fabuła i akcja - 4/10
6.5/10
O redaktorze

Artystka, spędzająca czas na tworzeniu i szukaniu swojej głowy, czym często doprowadza innych do białej gorączki a jedynym, który ją wtedy rozumie, jest jej pies. Umysł ścisły, skonfliktowany z humanistyczną duszą, z tego powodu często zapomina o minusach w równaniach i sprzątaniu stosów książek ze stolika. Uwielbia zieloną herbatę, zapach starych książek i widok ze swojego okna.

Wszystkie artykuły